Przyjaźń damsko- męska.

Wierzę, że istnieje przyjaźń damsko- męska bez podtekstów i platonicznego uczucia. Zdarzyło mi się kilka razy w życiu mieć przyjaciela płci męskiej, świetnie się dogadywaliśmy i co najlepsze, to były takie przyjaźnie, których nigdy bym nie nawiązała z żadną kobietą.

Moim najlepszym przyjacielem, który towarzyszył mi gdy wkraczałam w dorosłość był Jeżyk (tak, Jeżyk, nie popełniłam błędu ortograficznego). Jeżyk znał Adama, mojego pierwszego chłopaka. To on pomagał mi się pozbierać po rozstaniu z A. i po wielu innych bolesnych doświadczeniach. Był ogromnym wsparciem, gdy wpadłam w poważne problemy zdrowotne. Pamiętam, gdy razem się włóczyliśmy poza miastem, siedzieliśmy godzinami na kamieniach, a Jeżyk wysłuchiwał moich utyskiwań. Ja też nie byłam dłużna i wspierałam go jak tylko mogłam, tym bardziej, że on miał takie samo szczęście w miłości jak ja. To był przyjaciel przez duże „P”, zawsze można było na niego liczyć. Nasza przyjaźń skończyła się wraz z jego wyjazdem do Holandii po bardzo dużym zawodzie miłosnym. Potem każdy z nas już poszedł swoją drogą, ale miłe wspomnienia zostały.

Przed Jeżykiem i po nim, miałam okazję doświadczyć jeszcze kilka razy męskiej przyjaźni, lecz nasze drogi zazwyczaj rozchodziły się w momencie, gdy moi przyjaciele poznawali jakieś dziewczyny, a ja nie chciałam być piątym kołem u wozu. Nauczyłam się znikać, gdy wiem, że nie jestem już potrzebna. Ja sama nie znosiłam przyjaciółek moich mężczyzn, dlatego zawsze chciałam oszczędzić zamieszania sobie i innej dziewczynie i po prostu odchodziłam.

Jestem człowiekiem, który pali za sobą wszystkie mosty, nie mam już kontaktu z dawnym przyjaciółmi, ani z byłymi chłopakami. Bo przecież trzeba iść przed siebie i nie patrzeć wstecz….

Reklamy

A da się.

Kiedyś w jednym z wpisów zaznaczyłam, że prędzej czy później wspomnę o moim byłym chłopaku Adamie. Pierwszy nastoletni związek, który na kilka następnych lat mocno wpłynął na moje życiowe wybory. Adama poznałam w pierwszej klasie szkoły średniej. A. uczył się w innej szkole niż ja, poznaliśmy się przez kolegów z mojej klasy, którzy dla żartów dali mu mój numer telefonu. A. chodził do klasy z Miśkiem- moim przyjacielem z dzieciństwa i kiedy miało dojść do pierwszego spotkania przy świątecznej choince na rynku, to właśnie on przyprowadził do mnie A. Pamiętam jaki przeżyłam szok kiedy podszedł do mnie naprawdę przystojny chłopak, co dla mnie, zakompleksionej dziewczyny było czymś naprawdę niesamowitym. No i nasza historia przez kilka miesięcy wyglądała jak z bajki. Ogrzewanie zmarzniętych dłoni, wspólne wypady w góry, muzyka… Poznałam jego rodzinę, którą zresztą bardzo polubiłam. Bajka się skończyła nagle, gdy oznajmił mi SMSem, że nie możemy być dłużej razem, bo ma jakieś problemy. Zniosłam to, jakoś… Kiedy dochodziłam do siebie po rozstaniu, to odezwał się z prośbą, czy moglibyśmy znów być razem. Umówiliśmy się na spotkanie, nie próbował nawet tłumaczyć swojego wcześniejszego zachowania, jednak zauważyłam, że stał się inny, obcy. Po kilku dniach, to ja stwierdziłam, że lepiej będzie dla nas obojga jeżeli się rozstaniemy na dobre. Można by powiedzieć, że byłam głupia bo może by coś z tego było, każdy popełnia błędy i zasługuje na drugą szansę, ale ja nie potrafiłam już zaufać. Czułam niesamowity smutek połączony z gniewem i upokorzeniem. Po rozstaniu zaczęłam się dowiadywać od wspólnych znajomych o jego ekscesach, imprezowaniu, o tym, że umawia się z kilkoma dziewczynami jednocześnie. Moją głowę zaprzątały myśli, czy jego zachowanie to wynik naszego rozstania, próba odreagowania, czy może on zawsze taki był, a tylko przy mnie udawał spokojnego, fajnego chłopaka. Potem co jakiś czas gdzieś się widywaliśmy, a to w autobusie, a to na mieście. Na początku jeszcze mówił mi cześć, ale ja nie odpowiadałam, z upływającym czasem staliśmy się całkowicie obcy. Wiem, że teraz mieszka gdzieś na drugim końcu Polski i ma rodzinę. Mimo wszystko mam nadzieję, że jest szczęśliwym i spełnionym człowiekiem.

Czasami tylko wracam wspomnieniami do tamtego wspólnego czasu, który chociaż na chwilę sprawił, że uwierzyłam w to „coś” między dwojgiem ludzi.

I will survive, czyli byle przetrwać.

Od kilku tygodni jestem w dość męczącym położeniu czekając na diagnozę co mnie zżera od środka. To jak rok temu schudłam z kości na ości nie wzbudziło moich podejrzeń tym bardziej, że moja morfologia krwi wychodziła wzorcowo. Rzecz się zmieniła kilka tygodni temu, nagle zaczęło ubywać mi sił, pojawiła się anemia, bóle brzucha i zasłabnięcia. Dzisiaj nie jestem w stanie chodzić do pracy, ani kontynuować zajęć na uczelni. Czekam na kolejne badania i mam nadzieję, że piątek przyniesie jakieś rozwiązanie. Taki stan, w jakim obecnie się znajduję jest o tyle dotkliwy, że całe dnie spędzam sama, gdyż mój małżonek woli siedzieć w delegacji niż pomóc mi to wszystko ogarnąć… Moim oparciem ma być teściowa, która ewentualnie może mnie zawieźć na wizytę do lekarza. Moja frustracja rośnie, bo nagle do mnie docierają takie rzeczy, których wcześniej nie widziałam, a może nie chciałam widzieć. Myślę, że gdybym musiała zmierzyć się z jakąś poważną chorobą, to na polu walki bym została sama bo mój mąż by tego nie udźwignął, w najlepszym wypadku robiłby dobrą minę do złej gry i powtarzał jak mantrę „będzie dobrze” „musisz być twarda” (jego ulubione powiedzenie). A ja przecież nic nie muszę, a być twardą tym bardziej. Od dzieciństwa musiałam zaciskać zęby i przeć naprzód mimo wszystko, ale przychodzi taki dzień kiedy człowiek odpuszcza. Zastanawiam się wtedy po co to wszystko, gnam na oślep, czas mija bezproduktywnie bo ścigam się za pracą, za kwalifikacjami, papierkami i innymi bzdetami, które mają mnie uczynić wartościową w oczach innych ludzi. Wtedy  dostrzegam bezmiar tej powierzchowności, beznadziei, a u moich stóp nagle rośnie sterta masek, które spadły z twarzy ludzi, którzy mnie otaczają.

Wiem, że przetrwam, bo jestem silna nawet jeżeli tego nie chcę.  Przetrwam, tylko w jakim celu? Żeby po prostu trwać?

Lubię to.

Nie, nie mam tutaj na myśli „lajków” na portalu społecznościowym. Bardziej chodzi mi o pewien stan umysłu, buzujące hormony za każdym razem, gdy zafascynuję się jakimś osobnikiem płci męskiej. Tak jak kiedyś wspominałam w jednym wpisie dotyczącym Ym, że on fascynuje mnie i pociąga, ale nie chciałabym poznać go bliżej z obawy, iż moje wyobrażenia o nim kompletnie upadną. Wolę ten smaczek iluzji, niedopowiedzenia, w mojej głowie każdy przybiera takie cechy, jakie ja chcę i to mnie kręci.

Dosłownie kilka dni temu dotarło do mnie z całą mocą, że lubię, ba, wręcz uwielbiam, gdy mężczyzna okaże mi zainteresowanie, a ja mogę go zamknąć w swoim umyśle, w wyobrażeniach, a emocje, które temu procesowi towarzyszą są dla mnie niezłą pożywką. Jestem uzależniona od pożądania, dla mnie czas kiedy nie czuję tego „ssania”, czy „głodu” to chwile nijakie, puste. Pożądam, pragnę, ale tylko umysłem, tylko w snach, bo rzeczywistość nigdy nie odda w pełni tego, czego poszukuję.

A tak poza tym- Ym, to zamknięta sprawa. Nie czuję już nic, do niego.

Urlop od życia, czyli cisza jak ta…

Dziś wzięłam sobie dzień wolnego. Każdy moment, w którym mogę spędzić w domu spokojnie więcej niż 3 godziny (nie wliczając do tego snu) jest na wagę złota. Na mój brak czasu składają się obowiązki zawodowe, a teraz także dodatkowe studia i kursy. Niby nikt mnie nie zmusza do dodatkowych zajęć, ale obawiam się, że gdybym po powrocie z pracy wciąż siedziała w domu to wpadłabym w totalny marazm. Tym bardziej, że wracam do pustego mieszkania, w którym nie ma nawet pająków.

Nie mam przyjaciół, chociaż- z moim bratem mogę rozmawiać jak z przyjacielem, ale też rzadko się widujemy. Tak, jak wspominałam w jednym z wcześniejszych wpisów nie układają mi się relacje z kobietami, dlatego wśród nich też nie mam przyjaciółek ani nawet dobrych koleżanek. Nie mam konta na facebooku, instagramie ani jakichkolwiek innych portalach społecznościowych. Brzydzę się tym nachalnym internetowym ekshibicjonizmem, który propagują właśnie social media.

Wracając do głównego czyli urlopowego wątku, to swój wolny czas uwielbiam spędzać w całkowitej ciszy, czytając książki, ćwicząc jogę lub , co jeszcze lepsze, rozwiązując zadania z matematyki. Każda z tych czynności jest odległa od tego, czym zajmuję się na co dzień, dlatego to właśnie w nich odnajduję wytchnienie i skupienie, które trudno mi znaleźć, gdy odzywa się zmęczenie.

Teraz, podczas pisania tych kilku zdań również delektuję się ciszą i samotnością. Nie słychać sąsiadów, nic nie burczy, nie warczy, nie szumi… Czasami tylko dobiegają odgłosy samochodów i karetek. Nawet klawiatura w laptopie układa się pod moimi palcami tak, aby nie zakłócić tej wszechobecnej ciszy niepotrzebnym klikaniem. Dla mnie jest to urlop nie tylko od pracy, ale i od życia. To są momenty, w których przystaję nieruchomo, zamykam oczy i słucham własnego oddechu, niczym człowiek, który wie, że wydaje z siebie ostatnie tchnienie i tak bardzo pragnie je zatrzymać.